Ażurowa sukienka, czyli mój pierwszy projekt, który nadaje się do sprzedaży.

Ażurowa sukienka, czyli mój pierwszy projekt, który nadaje się do sprzedaży.

Nadszedł ten piękny dzień.
Szyję już od półtora roku i w tym czasie zrobiłam tylko jedną sukienkę, która nie była dla mnie – była to sukienka na studniówkę mojej siostry.
Aktualnie kończę pracę nad kolejną, którą szyję na zamówienie i śmiało mogę powiedzieć, że jest to na razie mój najważniejszy projekt robiony na wymiar.
Jestem gotowa na kolejne.

Dotychczas odmawiałam

Gdy publikuję zdjęcia kolejnej rzeczy, którą stworzę zawsze pojawia się pytanie, które jest najlepszym komplementem na świecie – “można kupić?”
I dotychczas zawsze odpowiadałam – niestety, nie jestem jeszcze gotowa.
Bo nie byłam.
Przeliczajmy swoje siły na zamiary, tak realnie.
Nauczyłam się w końcu to robić gdy zarywałam 3 nocki pod rząd żeby dopilnować jakiegoś terminu, często narzuconego samej sobie. Albo żeby pogodzić moje dwie prace i studia dzienne i coś jeszcze potworzyć w wolnej chwili.
Strasznie to męczące i strasznie deprymujące, gdy rzeczy wymykają się spod kontroli czasowej, bo jednak – jak każdy inny – masz tylko 24 godziny w dobie, a nie 48.
Ale w sumie ten wpis to nie o tym.

Do rzeczy.

Moja pierwsza sukienka na sprzedaż.

Tak tak. Stało się.
Po wielu godzinach pracy przy maszynie do szycia, przeglądania różnych projektów i macania materiałów w sklepie z tkaninami wiem, że mogę ruszać z wprowadzeniem na świat mojego pierwszego projektu w liczbie przewyższającej dotychczasowo zatrważająco wysokie statystyki, mianowicie – 1.
Poniżej znajdziecie zdjęcia mojej nowej sukienki, które zrobiłam podczas moich wakacji w Grecji. Dodatkowo nakręciłyśmy dosłownie 3 ujęcia, więc filmik sukienki nie jest zbyt długi, za to fajnie oddaje to jak zachowuje się w ruchu.
W kwestii terminów – na dzień dzisiejszy potrzebowałabym 4 tygodnie od moment zdjęcia miary do dostarczenia sukienki.
W kwestii ceny – będzie oscylować koło 300 PLN. Wynika ona przede wszystkim z ceny materiału, którego będę musiała kupić w cenach detalicznych, a nie hurtowych. Nie mogę się doczekać dnia, gdy będę już kupować belki materiałów po 100 m, a może i więcej – ale to jeszcze nie dziś i nie jutro.
Nie wszystko na raz.
W kwestii konstrukcji – mogę ją zrobić zarówno w wersji bluzka + spódnica, z kawałkiem odkrytego brzucha, jak i w wersji sukienki.
Oba warianty widać na zdjęciach.

Bardzo chętnie odpowiem na wszystkie pytania związane z szyciem:D.

Mój nowy projekt: ażurowa sukienka w kolorze kości słoniowej.

Sukienka taka jak lubię. Teoretycznie wiele rzeczy zakrywa, ale tak naprawdę podkreśla większość kobiecych atutów, czyli tak jak być powinno. Kobiety są płcią piękną, a ja lubię to podkreślać:)

 

 

 

 

Przyszła jesień, a więc czas na… sukienki!

Przyszła jesień, a więc czas na… sukienki!

Chciałam napisać post, który byłby bazą inspiracji dla osób lubiących połączenie zwiewnych sukienek o długości midi i ciężkich, jesiennych butów. Ja osobiście takie zestawienia uwielbiam.
W trakcie przygotowywania go przejrzałam ofertę kilku najbardziej znanych sieciówek w Polsce, zaczęłam zbierać materiał i przemyślałam ponownie ten pomysł. Zmieniłam go. Problem z tymi sukienkami jest taki, że jeżeli naprawdę chciałybyśmy codziennie się w nie ubierać i dodać jesiennej aurze trochę koloru to naprawdę trzeba by było wydać na to kupę kasy. Fajne sukienki zaczynają się od 200 złotych, a inne części garderoby też by się przydały.
Dlatego!
Nie jest to post typu “Kochana, to absolutny must have tej jesieni!”, “O i ten też!”, “ok, a to będzie must have przyszłej więc już warto inwestować!”.
Zdjęcia z Pinteresta dodaje, bo są idealne do zainspirowania się. Może masz już coś podobnego w szafie, albo przynajmniej miałaś, bo od 3 lat tego nie zakładałaś. Może nie masz problemu z chodzeniem do lumpeksu i wyhaczysz tam coś bardzo podobnego.

A pod zdjęciami z Pinteresta są sukienki, które znajdziesz w aktualnej ofercie H&M i Zary. W końcu jednorazowe zakupy też nie nabawią nas kredytu, a może będzie tam coś, czego od dawna szukałaś;)

Inspiracje z Pinteresta

        

źródło: Pinterest

Sukienki H&M (ułożone rosnąco cenowo: 59 – 399 zł.)

źródło: strona internetowa H&M

Sukienki Zara (ułożone rosnąco cenowo: 99 – 399 zł)

źródło: strona internetowa Zary

 

Relacja: Victoria Beckham i Ralph Lauren SS 2018.

Relacja: Victoria Beckham i Ralph Lauren SS 2018.

Kilka tygodni temu zrelacjonowałam kolekcję Alexandra Wanga, która pojawiła się w trakcie tegorocznego New York Fashion Weeku. Nie sądziłam, ze przyniesie mi to tyle przyjemności, dlatego też teraz zabieram się za kolejną relację i ponownie wracam do nowojorskich pokazów, mimo że zakończyły się parę tygodni temu. Tym razem obejrzałam kolekcję dwóch projektantów: Victorii Beckham i Ralpha Laurena.

I zanim się zniechęcisz. Wiem, jakie zazwyczaj bywają kolekcje. W tych ciuchach nie da się chodzić na co dzień, bo wyglądałabyś na przebraną, a nie ubraną.

Dlatego też! (Wyczuwam te obawy, które bywały również moimi obawami.) Wybrałam pokazy, które nie są przebraniami. To naprawdę piękne, podkreślające kobiece figury ubrania, którymi każda z nas może się zainspirować. Zwłaszcza sukienki Ralpha Laurena są naprawdę śliczne (najpiękniejsze od ok. 1:50).

A więc:

Victoria Beckham zaprezentowała kolekcję, którą podsumowała mottem: „Możesz być delikatna, jednocześnie pozostając silną”. Pastelowe kolory wprowadziły lekkość i świeżość, tak pożądaną przez nas, szczególnie wiosną. Charakteru dodały stylizacje składające się z soczystej czerwieni i głębokiej czerni. Sama projektantka przyznała, że jej ubrania przeznaczone są dla kobiet takich jak ona – ceniących modę, luksus i wygodę. Dlatego w kolekcji można znaleźć zarówno kobiece, opinające spódniczki, jak i proste, wręcz męskie oversizowe marynarki i płaszcze. Beckham zapytana o modową radę, odpowiedziała: „Utrzymaj prostotę, pozostań szczera sama ze sobą i… zawsze miej przy sobie błyszczyk do ust”.

 

Ralph Lauren zrobił znakomitą niespodziankę wszystkim zwolennikom łączenia mody i motoryzacji. Zaprosił widzów na pokaz swojej najnowszej kolekcji, która odbyła się… prawie że w jego własnym garażu. Na środku wybiegu zaparkowane zostały samochody, które projektant gromadzi od lat. Łącznie znalazło się tam około sześćdziesięciu pojazdów zdradzających motoryzacyjne zamiłowania artysty. Kolekcja na przyszły sezon w wykonaniu Ralpha Laurena to ponadczasowa elegancja wyrażona za pomocą klasycznych płaszczy, wieczorowych sukni, dopasowanych kombinezonów i idealnie skrojonych spodni. Czółenka, które miała na sobie każda z modelek doskonale uzupełniały każdą stylizację. Pojawiły się też skórzane ubrania, które dodały kolekcji drapieżnego akcentu. Pokaz zamykały projekty, w których projektant odszedł od ulubionej od lat szarości i kraty – były intensywnie czerwone sukienki, żółte płaszcze i niebieskie, tiulowe sukienki.

 

 

A nie mówiłam, że spoko? 😉

Czas na zmiany.

Czas na zmiany.

Trzy dni temu przeprowadziłam się do Warszawy. Wiecie, która z reakcji na moją przeprowadzkę zaskoczyła mnie najbardziej?
“Ale jesteś odważna”.
Usłyszałam to od wielu osób i za każdym razem próbowałam im wytłumaczyć, że jedno nie ma związku z drugim. Bez skutku.
Zauważyłam wtedy jak wiele ludzi boi się coś zmienić. Mimo, że chcieliby. Mimo, że tylko i wyłącznie oni decydują o tym, jak ich życie będzie wyglądało i nikt za nich tego nie zrobi. Czytałam sporo tekstów na blogach, o tym jak zacząć żyć dla siebie, o czasie, którego nic nam nie zwróci, o tym że lepiej żałować, że się coś zrobiło niż że nigdy się nie spróbowało. Tekstów podsumowanych zdaniem – Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Myślałam, szczerze mówiąc, że są to takie artykuły, no… żeby napisać coś co fajnie brzmi. Kogoś zmotywować, bo podobno wszyscy czegoś chcemy, ale boimy się po to sięgnąć. Przerażają nas nie tylko złe konsekwencje tych decyzji, ale podobno średnio też poradzilibyśmy sobie, gdyby wszystko poszło dokładnie tak, jak zaplanowaliśmy.
Tak czytałam te teksty i myślę sobie – bzdura. Jak ktoś czegoś chce, to małymi kroczkami po to sięga.
Okazuje się, że niekoniecznie.

Zmiany.

Dlaczego przeprowadziłam się do Warszawy? Najkrócej rzecz ujmując – bo mogłam. 
Wiem, brzmi to strasznie arogancko, dlatego spieszę z wyjaśnieniem. Nie przeprowadziłam się do Warszawy dla szkoły, pracy czy faceta. Co więcej – bardzo lubiłam moją pracę w Sopocie, ludzi z którymi pracowałam i mieszkanie, które wynajmowałam.
Teoretycznie wszystko było ok, ale właśnie to było problemem – było po prostu ok. Czułam ze stoję w miejscu i zmiana pracy nic tutaj nie da. Czegoś po prostu brakowało.

Żyjemy w naprawdę dobrych czasach. Pomijam tutaj politykę i wszystko co z nią związane, również bezpieczeństwo, które zostało zachwiane nawet w Europie. Żyjemy w czasach, gdzie przeprowadzkę i kompletną zmianę życia można zamknąć w kilku krokach:
1. Wypowiedz aktualne mieszkanie. Jeśli jest Twoje – zrób ogłoszenie dotyczące wynajęcia. Jeśli nie chcesz go wynajmować jest jeszcze łatwiej.
2. Poszukaj mieszkania/pokoju w mieście, w którym chcesz żyć. Ja wybrałam Warszawę, ale szczerze mówiąc rozważałam mocno zamieszkanie np. we Włoszech na 3 miesiące. Kraków jest piękny. Słyszałam, że Wrocław nawet bardziej. A może Barcelona i robota na zmywaku? Żadna praca nie hańbi, czynsz opłacony, a za życie w tym miejscu.. myślę, że warto.
3. Spakuj wszystko. To przeprawa, która zasługuje na oddzielny punkt. Ale zajmuje max jeden dzień.
4. Zorganizuj samochód, który przewiezie wszystkie Twoje rzeczy.
5. Wjedź do miasta, w którym chcesz żyć i przenieś kartony z samochodu do mieszkania.

I voila.

Wiem, że ta instrukcja nie oddaje tego, jak trudno jest naprawdę zrobić ten krok, ale generalnie nie zależy to od niczego innego poza Twoją decyzją. I kłamałam. To wcale nie jest trudne. Nie mówimy tu o nauce fizyki kwantowej, a o kilku czynnościach, które zdrowy człowiek może zrobić o własnych siłach. Nie lubisz swojej pracy? Czemu spędzasz w niej większość swojego życia? Naprawdę nikt tego czasu Ci nie odda, nikt nie podziękuje, bo nikt też nie wie, co czujesz i że może czegoś jednak brakuje. Na obecnym rynku na pewno znajdziesz jakąś pracę. Na 100%. Jak włożysz trochę wysiłku, to nawet w swojej branży. Może na początku będziesz zarabiać mniej niż w tej poprzedniej, ale komfort psychiczny jest po prostu bezcenny.

Naprawdę głęboko wierzę w to, że jesteśmy panami swojego losu. Nikt za nas niczego nie zrobi.

Przeprowadziłam się do Warszawy, bo… mogłam.

Wskakuj na SUPy!

Wskakuj na SUPy!

Ostatnią sobotę spędziłam w bardzo ciekawy sposób czyli na SUPach! Jest to świetna okazja żeby spróbować czegoś zupełnie innego, poznać nowe osoby i fajny sposób na spędzenie czasu na wodzie. Ja paddle boardy poznałam dzięki Kacprowi i Zosi z SMU Yoga (https://www.facebook.com/smuyoga/) oraz Krzysiowi z Learn 2 Surf (http://www.learn2surf.pl/), którzy organizują takie wypady. Wybrali świetną trasę biegnącą m.in. przez Motławę, dzięki czemu miałam okazję żeby po raz pierwszy zobaczyć Bramę Żuraw z zupełnie innej perspektywy.

Dość zabawnie było też płynąć na desce zaraz obok turystycznych statków, które z tamtego miejsca zabierają turystów w rejs.
Całość trwała ok. 1,5 godziny i była zwieńczona odpowiednio dobranym treningiem jogi. Nawet ja jako totalny świeżaczek czułam się tam naprawdę dobrze.

Wyglądało to właśnie tak:

Zdjęcia wykonane przez Kacpra Matuszewskiego, którego znaleźć możecie tu: https://www.facebook.com/smuyoga/

Najwyższy szczyt w Polsce zdobyty! Jak wygląda wejście na Rysy?

Najwyższy szczyt w Polsce zdobyty! Jak wygląda wejście na Rysy?

Już na koniec zeszłego sezonu letniego obiecałam sobie, że w 2017 roku wejdę na Rysy. Zdobycie najwyższego szczytu w Polsce to coś, co fajnie byłoby mieć na swoim „koncie”. W poprzednich latach wchodziłam na inne tatrzańskie szczyty, dlatego uznałam że jestem gotowa i na ten. Jak wyglądało wejście?

Już mówię.

Na Rysy wybrałam się z tatą, który już na nich był, ale zgodził się pójść ze mną jeszcze raz. Wstaliśmy z łóżek o 5 rano i tu zaznaczę – trochę za późno. O 5 warto już wychodzić z pensjonatu. Ale ok, wracając:

6:20       Wyszliśmy z pensjonatu, wsiedliśmy do samochodu żeby podjechać na parking znajdujący się na Palenicy Białczańskiej, czyli zaraz obok wejścia na szlak Morskiego Oka. Byliśmy tam około 7:00 a parking był zapełniony już w 90%. Nie ma szans na zostawienie samochodu po 9:00, nawet gdzieś na poboczu.

7:00       Ruszamy do Morskiego Oka. Przede wszystkim – zimno. Mi, ubranej w długie dresy, koszulkę, bluzę i kurtkę było za zimno. Zaczęłam używać kijków do nordic walking żeby szybciej się rozgrzać. Na drodze razem z nami już sporo turystów, których łatwo można było podzielić na spacerowiczów i pasjonatów Tatr.

8:40       Morskie Oko! Pierwszy przystanek na wodę, jedzenie, podziwianie widoków i dogrzewanie się. W ciągu tych dwóch godzin temperatura powietrza wzrosła (no w końcu początek dnia, trudno się dziwić), słońce wzeszło i zaczęło nas przyjemnie dogrzewać. Ruszamy dalej.

10:00      Czarny Staw czyli kolejny przystanek. Ostatnio byłam tam dokładnie 10 lat temu i wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałam. Wielu odpoczywających, robiących zdjęcia i podziwiających krajobraz turystów na tle pięknych widoków. Robiło się coraz cieplej, więc przyszedł czas na resztę wierzchnich ciuchów. Z jednej strony polecałabym wszystkim chętnym na zdobywanie szczytów na nie zabieranie zbyt wielu rzeczy, bo bardzo zimno jest tylko rano.. Z drugiej strony – weźcie zawsze pod uwagę, że w górach panuje mikroklimat, zmiany pogody są nagłe i nieprzewidywalne. Zawsze warto mieć ze sobą coś ciepłego, nawet za cenę noszenia tego w plecaku przez cały dzień (jak w moim przypadku). Pojedliśmy, popiliśmy i idziemy dalej.

Zostały 3,5 godziny do wejścia na Rysy (wg tabliczek zamieszczonych na szlaku).

Wejście na początku jest przyjemne i bezpieczne – schody, schody i jeszcze raz schody. Po prostu 2 godziny pracy nad kontrolą oddechu, myślenia o wszystkim co tylko przyjdzie Ci do głowy i podziwiania krajobrazu. Co oczywiste – im wyżej tym piękniej. Naprawdę niesamowicie zaczyna się robić po ok. 1,5 godziny takiej wędrówki, gdy w oddali widać pięknie oświetlone Morskie Oko, Czarny Staw i otaczające je ściany stworzone z gór. Warto tam wejść chociażby dla tych widoków.

Idziemy dalej.

Po drodze robimy przystanki na łyka wody, zrobienie zdjęcia i złapanie oddechu.

Idziemy dalej.

Przychodzi czas na pierwsze łańcuchy.

Szczerze? Pierwsze są naprawdę przyjemne. To ten rodzaj łańcuchu, którego warto użyć – po to tam w końcu są – ale dałoby radę powspinać się po samych skałach (tylko po co?). Trochę jakby rozgrzewka przez dalszą zabawą.
Od tamtego momentu, czyli po około 2 godzinach wędrówki łańcuchy będą towarzyszyć Wam już zawsze, tak samo jak nachylenie terenu uniemożliwiające swobodne chodzenie między skałami.

Poniżej kilka zdjęć moich jak i innych turystów zdobywających Rysy tego samego dnia. Wejście wygląda mniej więcej tak:

Zaznaczę też, że są łatwiejsze i trudniejsze momenty. To nie tak, że kolejne 1,5 godziny spędzisz na myśleniu o śmierci i przywieraniu do łańcucha. Po prostu nigdy nie można lekceważyć gór. Zbyt wielu osobom zabrakło szacunku do trudności wejścia/szybkich zmian pogodowych/odpowiedniego przygotowania. Jednak pamiętajcie też, że zdobywanie Rysów nie jest przeznaczone wyłącznie dla starych wyjadaczy.

Dalej wchodzimy na Rysy. Na moment przed szczytowaniem najgorszy kawałek szlaku. Wchodzenie w górę, przy pomocy łańcucha, nad przepaścią.
Wcześniejsze trudniejsze momenty są trudne kondycyjnie. Trochę się trzeba podciągnąć, trochę zarzucić nogą, żeby znaleźć miejsce na zakotwiczenie tej stopy. Ale nigdy nie były one tak wystawione nad przepaść jak ten kawałek. Zawsze można sobie wmówić że w razie poślizgu się poobijasz (i oby bez uderzenia głową o skałę) i po kilka metrach zatrzymasz się na jakichś kamieniach.
Ten moment, o którym zaczęłam pisać, jest najgorszy, bo takich nadziei nie ma. Puścisz się łańcucha, albo – co gorsze – ktoś przed Tobą się puści i Ty będziesz jego poduszką, która zagwarantuje mu przetrwanie – nie ma nadziei na powrót do domu tego dnia. Ani żadnego innego.

Przechodzimy przez ten moment. Tata daje mi wskazówki i z 3 trzy razy powtarza, żebym się nie śpieszyła. Czy się bałam? Jasne że tak. Czy byłam pewna, że dam radę? Oczywiście.
Właśnie dlatego tak zależało mi, żeby wejść tam z moim tatą. Był już na tym szlaku i stwierdził, że sobie poradzę (wcześniej zabrał mnie na Świnicę, przez Zawrat). To raz. A dwa – ufam mu w kwestii własnego bezpieczeństwa jak nikomu innemu. Nie złapałby mnie jakbym się puściła. Nie ma ramion o długości kilku/kilkunastu metrów, zwyczajnie by nie zdążył. Ale ten psychiczny komfort dał mi 200% siły w ramionach.

Ostatnie łańcuchy, ostatnie kroki iiiii

WESZŁAM.

WESZŁAM.

WESZŁAM NA RYSY.

RYSY. RYSY. RYSY.

Kolejny cel postawiony na 2017 rok osiągnięty!!

I to w pierwszej “firmowej” bluzie – Pink Palm Trees ♥



Było tylko jedno małe ALE. Ilość ludzi. Kwestia zdecydowanie do poruszenia. Sam szczyt najwyższej góry w naszym kraju wygląda dokładnie tak:

Szczerze mówiąc? Szybko stamtąd spadałam. Ambicjonalnie weszłam na sam szczyt, zrobiłam kilka zdjęć, zrobiliśmy też sobie parę z tatą i chciałam stamtąd uciekać. Zeszliśmy trochę niżej, żeby spokojnie usiąść, wypić szampana, zjeść i przede wszystkim – popatrzeć na widoki.

Na Rysy weszliśmy o 13:00, przez całe podejście mieliśmy piękną, słoneczną pogodę i otaczało nas mnóstwo turystów.
I to właśnie ostatnia rzecz, o której chcę wspomnieć – największym zagrożeniem na tym szlaku były właśnie inne osoby. Prawie na każdym nowych odcinku łańcuchów (takim składającym się z max pięciu) trzeba było czekać i przepuścić kogoś, kto schodził z góry. Albo – na kogoś, kto wchodzi i musi zwolnić łańcuch (nie można łapać łańcucha, z którego korzysta akurat ktoś inny).
W najbardziej niebezpiecznych momentach jedyne czego się bałam, to że ktoś obok mnie zaraz się potknie i mnie wypchnie poza daną półkę skalną, bo byłam bliżej jej skraju niż on.
Wejście na szczyt byłoby na pewno dużo przyjemniejsze, gdyby szlak był mniej uczęszczany, co oczywiście jest niemożliwe – w końcu sama tworzyłam ten tłum;)
Na pewno ilość ludzi mnie trochę zaskoczyła, ale też upewniła w tym, że wejście na Rysy to nic przerażającego. Trzeba mieć tylko trochę kondycji, odwagi, chęci, odpowiednie buty i 4 litry wody.

Morskie Oko to ostatni przystanek ze schroniskiem. Później są 4 godziny wchodzenia na górę, i 4 schodzenia. Pamiętajcie o tym podczas kompletowania swojego ekwipunku na tę wyprawę.
Na stronie TOPRu jest pogoda dedykowana poszczególnym miejscom w Tatrach, ale jak wspomniałam – tam i tak panuje specyficzny mikroklimat. Deszcz, burza i grad mogą pojawić się w kilka minut i ustąpić po kolejnych kilku minutach. W burzy helikopter nie przyleci po nikogo z nas, warto o tym pamiętać.

Jeżeli wejście na najwyższy szczyt w Polsce znajduje się też na Twojej “bucket list”, ale jest to wyzwanie, którego nie wiesz czy jesteś na siłach się podjąć, zdecydowanie polecam rozmowę z Łukaszem Walkowiakiem, którego można znaleźć tutaj : http://capitalstudio.pl/
Pomoże nie tylko w ułożeniu właściwego treningu – to dodatkowe zwiększenie świadomości swojego ciała, niekończąca się motywacja i doradztwo żywieniowe 🙂

To chyba na tyle w kwestii relacji z wejścia na najwyższy szczyt w Polsce 😀

Chyba nadszedł czas na zaplanowanie zdobycia kolejnych szczytów w kolejnych latach!

Ps. Niepowodzenie całego wejścia było kilkukrotnie naprawdę bardzo realne. Nawet mój przyjazd do Zakopanego był niepewny. A jak już przyjechałam, na Rysy mogłam wejść tylko we wtorek – w pozostałe dni lało. Uznałam, ze wchodzę. I weszłam. Wymówki naprawdę wymyślamy tylko my sami, próbując się usprawiedliwić przed samym sobą;)

 

Pin It on Pinterest