Czy tylko mnie tak fascynują lata 80te?

Czy tylko mnie tak fascynują lata 80te?

Jeśli wpiszemy w google “lata 80te” to jasne, wyskoczy grafika szczęśliwych ludzi w zakręconych fryzurach, kolorowych kombinezonach i poduszkach na ramionach dodanych do każdego możliwego modelu sukienki. Ale nie chodzi mi o estetyczne aspekty tych czasów (chociaż, przyznam szczerze – jest coś uroczego i pięknego w tym kiczu), ale o mentalność tych ludzi.

Uwielbiam, po prostu uwielbiam czytać wywiady gwiazd, które 30 lat temu przeżywały swój złoty czas. Mam wrażenie, że rock and roll to naprawdę był rock and roll, a nie wersja pod instagram i całe social media, które uczyniły z naszego świata jeden wielki Truman Show.

Zastanawialiście się nad tym, jak trudno było kiedyś wybić się w jakiejkolwiek dziedzinie?

Teraz oczywiście też jest trudno, ale z innych powodów – konkurencja jest ogromna. Ciężko o coś oryginalnego, o coś potrzebnego. Każdy jest specjalistą, a jak nie jest, to będzie – wystarczy wujek google i jesteśmy w stanie zrobić większość rzeczy sami.
Kto z nas nie słyszał o przypadkach fizjoterapeutów którzy są profesjonalistami, bo skończyli aż jeden kurs? Personalnymi trenerami mogącymi pochwalić się certyfikatem online? Fotografami, którzy mają po prostu lepszy aparat niż Ty w iphonie czy samsungu?
(Btw. Mam wrażenie, że nareszcie po paru latach wysypu specjalistów w każdej możliwej dziedzinie ludzie łatwo wyczuwają różnice i doceniają doświadczenie danej osoby, nie uważacie?)

Czytałam wywiad, jakiś czas temu już, przeprowadzony z Beyonce. I tak, wiem że ona z latami 80tymi nie ma wiele wspólnego, chociaż w drugiej połowie już zaczynała swoją karierę. W każdym razie – wywiad. Zrobił na mnie chyba spore wrażenie bo kilka szczegółów zapadło mi w pamięci do dzisiaj. Jak to, że Beyonce, razem z koleżankami ćwiczyły taniec i śpiew 5 razy w tygodniu już od najmłodszych lat, zaraz po powrocie ze szkoły. A gdy coś już wypracowały, jako Destiny’s Child zaczęły występować wszędzie gdzie się dało. Każdy najmniejszy i wręcz obciachowy event był ich. Otwarcie galerii czy też wiejskie dożynki (no, ich odpowiednich w stanach) – to nie miało znaczenia. I tak przez lata, a nie 3 tygodnie. Przyszedł czas na pierwszy kontrakt, bo zwyczajnie na to zasłużyły.

 

Pisałam o tym wyżej, ale może wytłuszczę – teraz też jest trudno. Teoretycznie – wszystko już jest. Praktycznie – już za chwilę ktoś wyskoczy z jakimś cudownym wynalazkiem i nikt z nas nie będzie już później pamiętał jak wcześniej mógł w ogóle bez niego egzystować.

Więc czemu napisałam o fascynujących latach 80tych?
Wyobraź sobie. Chcesz posłuchać muzyki więc włączasz radio. Nic innego nie jest dostępne, poza 3 stacjami, w których jak zwykle leci to samo.
Chcesz się iść pobawić – najbliższa dyskoteka jest wprawdzie niedaleko, ale byłeś w niej już tydzień temu, dwa. Trzy tygodnie temu zresztą też. Te same twarze i ten sam słaby wybór alkoholu.
Planujesz coroczne wakacje? Jeśli mieszkasz nad morzem to może uda się je spędzić w górach. Jak nie, to chociaż u cioci Halinki na wsi.
Chcesz dowiedzieć się czegoś nowego? To odkładaj kasę i kup sobie za miesiąc nową książkę.
Rozumiesz o co mi chodzi?
Nie ma spotify. Nie ma youtube. Żadnego google, sprawdzenia w 3 sekundy jak wymienić przewód hamulcowy, co to znaczy “abito” po polsku. Albo to wiesz albo zapytaj wujka Henia jak wróci z pracy. Kolega jego kuzyna ostatnio wymieniał.
Żadnych tanich lotów do Berlina, Rzymu, a nawet Tokio. Żadnego czarnego piątku na Zalando.
Jeśli chciałeś coś osiągnąć, to trzeba było pracować, pracować i pracować, a czasem i to nie wystarczało. Zakładając że Twoim marzeniem byłaby kariera muzyczna u jednego z producentów z bazą w LA. Co byś zrobiła? Co byś zrobił? Pracował niezliczoną ilość godzin żeby odłożyć kasę na lot do LA, a potem zapukał do bram jego nieziemsko drogiej posiadłości, sprzed której pogoniliby Cię w 5 minut?

Justin Bieber nagrał po prostu filmik i wrzucił go na YT. Nie oceniam talentu i ilości pracy, którą włożył w śpiew, bo na pewno sporo. Ale ile coś takiego zajmuje, 20 – 30 minut?

Kiedyś, żeby osiągnąć sukces, trzeba było w niego włożyć naprawdę całe serce, dużo pracy i na dodatek znaleźć się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie.

Doceńmy co mamy i przestańmy marudzić jak Nam jest teraz trudno się wybić przez tą cholerną konkurencję. Dzisiaj mamy w zasięgach rąk narzędzia o których się nikomu nie śniło 40 lat temu.

Czy Ty też miałaś/miałeś plan na zdobycie świata w rok lub dwa? Damn, ja tak samo. Ale chyba czas dojrzeć do tego, że pewne rzeczy przychodzą z doświadczeniem i włożoną w nie pracą, dzięki czemu są po prostu dużo, dużo trwalsze.

Po roku życia w Warszawie robię mały rachunek sumienia.

Po roku życia w Warszawie robię mały rachunek sumienia.

Jak już kiedyś o tym pisałam (właściwie to rok temu) – moja przeprowadzka do Warszawy była w pewnym sensie wyłącznie.. moim wymysłem.
Czy było to przemyślane? Niezbyt.
Odważne? Podobno trochę tak.
Czy zrobiłabym to jeszcze raz? Zdecydowanie.

To nie jest wpis dla osób które mają wszystko poukładane, dobrze rozkminili życie i teraz czerpią z niego garściami. To wpis dla tych, którzy pytają mnie skąd pomysł na przeprowadzkę, która dla nich wydaje się OGROMNĄ zmianą.

Aktualnie jestem w miejscu, w którym nie byłabym bez podjęcia tego małego ryzyka, które było nieodłącznym elementem tej zmiany. I nie – nie jestem królem świata, panią swojego życia i inne takie tam, cokolwiek.

Staram się uświadomić tym wpisem coś, co udało mi się uświadomić jednemu ze znajomych miesiąc temu – to jest właśnie moment na podejmowanie odważniejszych kroków. Nie jak “trochę bardziej się ogarnę” albo “miną wakacje (święta/sylwester/zima/lato/wpisz co chcesz) bo wtedy jest lepszy czas na..”.

Posłuchaj – kiedy jak nie teraz?

To nie musi być wszystko albo nic. Powoli. Pomalutku. Tylko zacznij.

Mój pierwszy rok w Warszawie zaczął się naprawdę gównianie.

Doskonale pamiętam jeden z celów na podstawie którego uznałam że się przeprowadzę – chcę się rozwijać. Przez 3 poprzednie lata mieszkając w Trójmieście robiłam to samo. Praca w biurze, za barem i studia. Wszystko się idealnie zgrywało, lubiłam obie te prace, ludzi z którymi miałam okazje spędzać w nich czas, no po prostu – wszystko ekstra, wszystko fajnie.
Tylko że czujesz to stanie w miejscu i dobrze wiesz, że to jeszcze nie czas żeby osiąść na laurach, a raczej żeby zacząć ostro pracować na przyszłe efekty tego wysiłku który włożysz.

Mój pierwszy weekend w Warszawie spędziłam w mojej pierwszej pracy – na zmywaku.

Tak tak. 3 lata pracy w Urzędzie Miasta i najlepszym sopockim klubie zaprowadziły mnie prosto do wspaniałych bram rozwoju.
Pamiętam jak wyglądała moja rozmowa o prace i obietnice na niej złożone, a jak późniejsza rzeczywistość. Wysłałam zdjęcie mojej nowej koleżanki – wyparzarki – do mojej przyjaciółki o 2 rano w sobotę z dopiskiem “rozwój kur**”.
Po tym owocnym weekendzie i kopie prosto w ryj od wszechświata zrezygnowałam z tej pracy i zaczęłam rozglądać się bardziej.
Z racji mojej zajawki związanej z szyciem uznałam, że zanim pójdę w branże zgodną ze świeżo skończonymi studiami wbije się bardziej w temat ciuchów.

Zatrudniłam się w Mango.

Naprawdę myślałam, że jeśli będę na co dzień pracować z ciuchami to bardziej mnie zmotywuje do tworzenia moich. Że dowiem się czegoś o materiałach, splotach, o preferencjach klientek.
Szczerze? Też nie wiem co mi wtedy odbiło. Brak doświadczenia w temacie zrobił swoje.

Po miesiącu pracy zrezygnowałam. To miejsce nauczyło mnie słuchania swojej intuicji. Kiedyś naprawdę myślałam że to bzdura, że logiczne argumenty mówią same za siebie, a nie jakaś tam intuicja. Myliłam się. Jeśli ledwo wstajesz z łóżka bo musisz iść na 10 do pracy to… uciekaj (do aktualnej zdarza się, że jeżdżę na 7mą rano mimo że nikt tego nie wymaga i nikogo tam jeszcze nie ma, więc nie mam z tego powodu tytułu pracownika miesiąca. Lubię po prostu tam być i ogarniać najważniejsze tematy).

Żeby nie analizować teraz każdego miesiąca mojego pierwszego roku w Wawie powiem tylko:

Przyszedł luty.

Miałam fajną barową pracę, ekstra ekipa, spoko kasa, ale – co dalej? Przecież nie chodziło o wbicie się w gastro. Zaczęłam wysyłać CV. Koleżanka w międzyczasie umówiła mnie na rozmowę o prace do małej inwestycyjnej firmy. Brzmiało fajnie, ale na miejscu okazało się, że będzie to praca na recepcji. Odbierz telefon, umów kogoś na spotkanie, podaj kawę jak Pan Roman przyjdzie pogadać o biznesie.
Nie dostałam tej pracy (później okazało się, że nikt nie dostał w tamtym momencie – oddzwaniali dopiero niedawno, w czerwcu, jak się ogarnęli ze wszystkim).
Nie miałam też odzewu z pozostałych miejsc. Wszystkie miejsca pracy na które CV wysłałam dotyczyły branży nieruchomości, ale niestety – cisza.

Wtedy z mojej perspektywy wyglądało to tak że od paru miesięcy próbuje sobie znaleźć miejsce i za cholerę nie mogę. Kolejny genialny pomysł i kolejny cudowny niewypał.

Pojechałam na weekend do Sopotu. Zobaczyłam się ze wszystkimi ludźmi, których tak lubiłam. Żarty, żarciki, znowu czujesz się jak w domu i nagle pada tekst, że zawsze mogę wrócić. Że jeśli jest mi ciężko to na pewno znajdzie się dla mnie miejsce. Że spróbowałam i może czas odpuścić.
Kurde, było mi ciężko. Zaczęłam brać powrót jako opcję.. i to bardzo realną.
Przed powrotem do Warszawy wjechałam do domu rodzinnego. Moi bliscy, którzy zawsze dopingują podzielili swoje zdania na “no spróbowałaś, to jest super, może wróć do tego Sopotu? nie męcz się, dobrze Ci tam” i na “Daj sobie jeszcze trochę czasu. Dopiero zaczynasz”.

Siedziałam w kuchni mojej siostry, popijałam herbatę. Było po 17tej, za oknem już ciemno, a my byłyśmy świeżo po rozważaniu plusów i minusów mojego powrotu. Dla jasności – dotyczyły każdej strefy życia, nie tylko pracy. Dalej nie wiedziałam co zrobić.
Zadzwonił mój telefon. Od tamtego momentu jest już tylko lepiej.

Mam wrażenie, na podstawie tej historii, że wszechświat lubi nas tak popychać i popychać i patrzeć ile jeszcze wytrzymamy. I gdy już przestajesz utrzymywać się na powierzchni wody i łapać ostatnie hausty powietrza żeby się jakoś utrzymać widzi że trochę przesadził i rzuca Ci koło ratunkowe.

Ten telefon był z działu rekrutacyjnego firmy, w której aktualnie pracuje. Firmy, w której dostałam duży awans po 4 miesiącach pracy i sporej liczbie nadgodzin, żeby wszystko było zrobione na czas. Warto było.
Co zabawne, później dzwonili tez inni co przyjemnie połechtało mi ego, ale to tyle. Zmiany, o których piszę są ważne i bardzo na miejscu pod warunkiem ze naprawdę ich potrzebujesz.

I gdybym wtedy nie sprawdziła co jest za moją strefą komfortu, a później się nie zaparła, że postawię na swoim, to dzisiaj robiłabym dokładnie to samo co półtora roku temu. I co trzy i cztery lata temu.
A i możliwe że się zmotywujesz i poszukasz nowej pracy/mieszkania/relacji/czego tylko potrzebujesz. I kto wie, może wpadniesz w jeszcze większe gówno. Ale to tez sporo uczy. Wiem z doświadczenia.

Próbowanie nowych rzeczy przeraża nas z jednego powodu – bo robimy to pierwszy raz. Na podstawie opowiadań innych możemy oczekiwać pewnych efektów, ale paraliżuje nas myśl o nieznanym. Przez to sporo z nas nawet nie zaczyna. Jeśli będę miała kiedyś okazje prezentować coś na scenie przed setką ludzi to głowę tam sobie uciąć ze ledwo zapanuje nad łomotaniem serca i łamiącym głosem. Ale na pewno spróbuje. 5, 10 a potem może i 100tny raz to już będzie prawie zabawne. Prawdziwy luz pewnie bliżej tysięcznej takiej prezentacji.

ale właśnie o to chodzi! Lęk przed porażką potrafi odebrać nam coś, za czym będziemy tęsknić za 10 lat. Będziemy żałować ze nigdy nie spróbowaliśmy. To jedno z najgorszych uczuć ever.

Jeden z moich kolegów chciał się przeprowadzić ale nie mógł znaleźć odpowiedniego mieszkania, a obecnie wynajmowane miał fajne, wiec przełożył to na za rok.

damn ile takich rozmów już odbyłam.

Ja tez byłam zmęczona tym, że nic nie szło po mojej myśli.
Miało być znacznie łatwiej. Nie było w ogóle.
Ale wielu rzeczy się nauczyłam. Kopniak od wszechświata był potrzebny.
Co nas nie zabije to nas wzmocni nie?

Jeśli Ty dzisiaj nadal pracujesz w miejscu którego nie lubisz, bo się nie rozwijasz, bo słabo płacą, bo ludzie mendy – szukaj alternatywy. Nie składaj wypowiedzenia już jutro, ale walcz o siebie. Naprawdę święcie wierzę w to, że nikt za nas niczego nie zrobi, trzeba się w życiu napracować i przestać cwaniakować co by tu zrobić żeby się nie narobić. Nie da się. Albo da, ale na krótką metę.

Ps. Co do mojego kolegi z jednej z poprzednich prac, puenta z naszej rozmowy była taka – ponad rok temu pracowaliśmy razem, na podobnym stanowisku. Ja się przeprowadziłam, mu z kolei było całkiem dobrze i średnio pochwalał moje szalone pomysły (trochę coś typu – w dupie się poprzewracało. Masz dobrą pracę a Ty o jakimś tam rozwoju). Wpadliśmy na siebie w Warszawie miesiąc temu. On nadal na tym stanowisku a ja już znacznie dalej. Zapytał się mnie jak to zrobiłam.
Właśnie tak, jak powyżej.

A co najgorsze – powiedzialam mu – za rok może znowu na siebie wpadniemy. I może ja już będę dalej niż teraz, a Ty nadal nie zmienisz tej pracy, którą zmienić chcesz, bo “idzie boże narodzenie to szkoda tracić noworocznych premii”, “oj teraz czas wyjazdów snowboardowych, niedługo Wielkanoc, nie mam głowy do zmieniania pracy”, “jak teraz zmienię prace, 2 miesiące przed wakacjami, to w nowej na bank nie dostanę od razu urlopu”.

I tak do zobaczenia za rok.

Pierwsza sukienka szyta na miarę.

Pierwsza sukienka szyta na miarę.

Wiesz jakie to uczucie, gdy Twoja przyjaciółka wręcza Ci zaproszenie na swój ślub i jednocześnie pyta, czy nie chciałabyś uszyć jej sukienki na dzień poprawin?
Naprawdę.. niesamowite.
Potem jest już tylko lepiej – wzruszające chwile, czyste szczęście wypisane na twarzy i miłość w wymienianych spojrzeniach. Plus dobra muzyka, świetne jedzenie, zimna wódka.

I satysfakcja, że dzień poprawin już jutro a Tobie jednak się udało.
Jednak, bo prawie zrezygnowałam. A nie zrobiłam tego tylko dlatego, że Marta okazała się najlepszą przyjaciółką na świecie.

Ok, zaczynając od początku.

Ślub Marty i Tomka odbył się dwa tygodnie temu w Chojnicach. Ceremonia jeszcze się nie zaczęła a ja już zdążyłam rozmazać makijaż – zobaczenie bliskiej osoby w tej białej sukni zazwyczaj tak na mnie działa.

Zaproszenie na to wesele dostałam jeszcze zimą. Wtedy też Marta zapytała czy nie chciałabym uszyć jej sukienki, którą ubierze na poprawiny.
Jeny, ale się zajarałam.
Jasne, że chcę!
Pod jednym warunkiem. Albo może bardziej – ostrzeżeniem. Istniało dość spore prawdopodobieństwo, że miesiąc przed ślubem, oprócz stresu spowodowanym jego różnymi elementami będzie musiała szukać jeszcze sukienki na poprawiny.

Marta skwitowała to pięknym „Dobra dobra. Nic z tego, zobaczysz” <3

Obie jesteśmy zwolenniczkami prostych sukienek, więc szybko zdecydowałyśmy się co do modelu i koloru.
Sukienka maxi utrzymana w bieli i szarościach. Prosta góra, cienkie ramiączka, gołe plecy. Odcięcie w talii. Szyfonowy dół, którego kolor można określić jako „biały marmur”.
Problem polegał na tym, że takiego szyfonu nie ma. Przynajmniej nie w sklepach i nie na stronach internetowych, które przeszukiwałam. Szyfon w praktycznie każdym kolorze jest dostępny wszędzie, ale już jakikolwiek wzór sprawia pewne problemy. Zwłaszcza, jeśli potrzebujesz TEGO KONKRETNEGO i żaden inny nie jest odpowiedni. Myślałam że szyfon ombre może się nada, ale nic z tego. To nawet nie stało obok takiego, którego potrzebowałam.

Więc jakie pozostały mi możliwości? Teoretycznie dwie. Odpuść albo spróbuj bardziej.
Praktycznie – tylko jedna.
…Ok, więc co ja wiem o farbowaniu sztucznego materiału?
No cóż, jeszcze nic.

Pozostały 2 miesiące do wesela.

Przyszła pora na pierwszą przymiarkę. Miarę z Marty zdjęłam dużo wcześniej, teraz przyszedł czas na ocenienie jak poszło. Mniej więcej, bo wiadomo że większość była jeszcze na fastrydze, żeby na miękko można było jeszcze zmieniać rzeczy bez szarpnięcia materiału.

I wiecie jak poszło?

ŹLE.

Gdy wybierałam materiał na górę sukienki kierowałam się jego elastycznością i kolorem. I teoretycznie – wszystko grało. Z pofarbowanym przeze mnie szyfonem też fajnie się zgrywał. Ale okazał się za twardy. Mimo, że rozciągliwy.
Wiedziałam, że jest do wymiany. Marta, jako najkochańsza osoba na świecie uznała, że może wystarczy „troszkę tu podciągnąć” i „w sumie to w niektórych sukienkach tutaj też tak odstaje”.
Jest po prostu za dobra.

W każdym razie – góra kompletnie to wymiany. Jedynym plusem był fakt, że miałam już wykrój, który teraz wystarczyło przenieść. Przeniosłam.
Został miesiąc.
Druga przymiarka.
Znowu nie leżała tak jak miała. Zamek na plecach szedł o 1 cm za bardzo na prawo.
To był moment gdy powiedziałam – Nie jestem pewna, czy dam radę. Właściwie to chyba powinnaś szukać już sukienki na poprawiny.

I wtedy, mocno skracając tę opowieść, Marta zabroniła mi rezygnować. Wierzyła we mnie bardziej niż ja sama. Ja z kolei zwyczajnie się bałam, że zepsuje jej część tak ważnego dnia.

No więc – wracam do Warszawy i siadam do maszyny.

 

Przyszedł dzień ślubu.
Zaraz za nim – poprawiny.
Zdjęć końcowego efektu nie mam zbyt wiele – nie chciałam męczyć Marty chodząc za nią z telefonem albo ustawiać ją i gości w różnych aranżacjach. Bez przesady.

 

 

Przyznam że Marta wyglądała ślicznie i przede wszystkim – naprawdę podobał jej się efekt końcowy.
Mi też, a wiadomo że najbardziej krytyczni bywamy właśnie wobec siebie samych.

 

Ażurowa sukienka, czyli mój pierwszy projekt, który nadaje się do sprzedaży.

Ażurowa sukienka, czyli mój pierwszy projekt, który nadaje się do sprzedaży.

Nadszedł ten piękny dzień.
Szyję już od półtora roku i w tym czasie zrobiłam tylko jedną sukienkę, która nie była dla mnie – była to sukienka na studniówkę mojej siostry.
Aktualnie kończę pracę nad kolejną, którą szyję na zamówienie i śmiało mogę powiedzieć, że jest to na razie mój najważniejszy projekt robiony na wymiar.
Jestem gotowa na kolejne.

Dotychczas odmawiałam

Gdy publikuję zdjęcia kolejnej rzeczy, którą stworzę zawsze pojawia się pytanie, które jest najlepszym komplementem na świecie – “można kupić?”
I dotychczas zawsze odpowiadałam – niestety, nie jestem jeszcze gotowa.
Bo nie byłam.
Przeliczajmy swoje siły na zamiary, tak realnie.
Nauczyłam się w końcu to robić gdy zarywałam 3 nocki pod rząd żeby dopilnować jakiegoś terminu, często narzuconego samej sobie. Albo żeby pogodzić moje dwie prace i studia dzienne i coś jeszcze potworzyć w wolnej chwili.
Strasznie to męczące i strasznie deprymujące, gdy rzeczy wymykają się spod kontroli czasowej, bo jednak – jak każdy inny – masz tylko 24 godziny w dobie, a nie 48.
Ale w sumie ten wpis to nie o tym.

Do rzeczy.

Moja pierwsza sukienka na sprzedaż.

Tak tak. Stało się.
Po wielu godzinach pracy przy maszynie do szycia, przeglądania różnych projektów i macania materiałów w sklepie z tkaninami wiem, że mogę ruszać z wprowadzeniem na świat mojego pierwszego projektu w liczbie przewyższającej dotychczasowo zatrważająco wysokie statystyki, mianowicie – 1.
Poniżej znajdziecie zdjęcia mojej nowej sukienki, które zrobiłam podczas moich wakacji w Grecji. Dodatkowo nakręciłyśmy dosłownie 3 ujęcia, więc filmik sukienki nie jest zbyt długi, za to fajnie oddaje to jak zachowuje się w ruchu.
W kwestii terminów – na dzień dzisiejszy potrzebowałabym 4 tygodnie od moment zdjęcia miary do dostarczenia sukienki.
W kwestii ceny – będzie oscylować koło 300 PLN. Wynika ona przede wszystkim z ceny materiału, którego będę musiała kupić w cenach detalicznych, a nie hurtowych. Nie mogę się doczekać dnia, gdy będę już kupować belki materiałów po 100 m, a może i więcej – ale to jeszcze nie dziś i nie jutro.
Nie wszystko na raz.
W kwestii konstrukcji – mogę ją zrobić zarówno w wersji bluzka + spódnica, z kawałkiem odkrytego brzucha, jak i w wersji sukienki.
Oba warianty widać na zdjęciach.

Bardzo chętnie odpowiem na wszystkie pytania związane z szyciem:D.

Mój nowy projekt: ażurowa sukienka w kolorze kości słoniowej.

Sukienka taka jak lubię. Teoretycznie wiele rzeczy zakrywa, ale tak naprawdę podkreśla większość kobiecych atutów, czyli tak jak być powinno. Kobiety są płcią piękną, a ja lubię to podkreślać:)

 

 

 

 

Moje małe greckie wakacje

Moje małe greckie wakacje

Jest gorąco. Jest pięknie. Ludzie mili, prawie że natarczywi. Jedzenie od obłędnego po gorsze niż ryba nad polskim morzem, ale to jak wszędzie. Feta w Grecji przypomina w smaku raczej kozi ser, a nie fetę którą znam z Polski. Sos tzatziki jak przystało na regionalny produkt podawany jest do większości dań. Owoce i warzywa jakby świeższe i intensywniejsze w smaku, ale może to tylko jakiś efekt placebo.

Albo powinnam przestać kupować owoce w biedronce.

Moje małe greckie wakacje.

Jakiś czas temu zdecydowałyśmy się z Justyną na mały urlop. Celowo wybierając datę tak żeby zahaczyła o moje urodziny, udało nam się tam relaksować jeszcze przed początkiem sezonu. Lubię wybierać te terminy, które omijają szerokim łukiem lipiec i sierpień ze względu na ilość turystów oraz na temperaturę, która jest naprawdę trudna do zniesienia.  Już teraz na wyjeździe, mimo zdecydowanej chęci przywiezienia wakacyjnej opalenizny chowałyśmy się w cieniu w najgorętszych godzinach, gdy odczuwalna temperatura przekraczała 30 stopni.

 

Ale do rzeczy.

Skupię się na opisaniu najciekawszych spraw, które mogą pomóc jeśli ktoś zdecyduje się na wypoczynek na Korfu.

1. Transport z lotniska.

Jest uzależniony oczywiście od miejsca, w którym zdecydujecie się pozostać. Gdy wybrałam już nasz nocleg to napisałam do gospodarza (airbnb) z prośbą o wskazówki dojazdowe.
Miał dwie:
1. Weźcie taksówkę, powinna was przewieźć za ok. 40-50 €.
2. Pojedzcie zielonym busem, bilet kosztuje 2,5 €.
Czy muszę w ogóle mówić na którą opcje się zdecydowałyśmy?

Nie wiem czy zielonego busa zaliczyłabym do komunikacji miejskiej. To bardzo specyficzny rodzaj przewozu, ma tylko jedną drogę objazdową, która ułożona jest tak żeby zahaczył o najważniejsze miasteczka na Korfu. Odjeżdża z lotniska co godzinę lub rzadziej, a ostatni wyrusza już o 17. Po tej godzinie na pewno zostaną już tylko taksówki, dlatego warto mieć to na uwadze kupując tańsze bilety – przylatując na wyspę o 23 wydasz zaoszczędzone na bilecie lotniczym pieniądze.. w taksówce.

2. Koszty jedzenia.

W kwestii kosztów, jedzenie w sklepach jest zbliżone do cen w Polsce (już mnożąc je x4, a nie porównując euro do pln). Podczas jednych ze śniadaniowych zakupów kupiłam jajka, pomidory, banany, kiwi, dwie małe i dwie duże wody, masło i jakiegoś batona za lekko ponad 6 €. Cena małej wody zaczyna się od 0,2 €.

Z kolei całkiem dobre w smaku wina zaczynają się już od 3€.
Tak słyszałam.

3. Miejsce pobytu.

Z Justyną wybrałyśmy miejsce, o które już byłam pytana, dlatego:
Platakia Blu,
Paleokastritsa, Corfu.
https://www.booking.com/hotel/gr/platakia-blu.pl.html

Jest niedrogo, pięknie, a gospodarze przemili. Zdjęcie tego postu oraz kilka poniżej tekstu pokazują jak niesamowite jest to miejsce.

4. Wypożyczanie quadów i skuterów.

Tu zaczęły się schody. Zaplanowałyśmy sobie że jeden dzień pobytu przeznaczymy na zwiedzanie wyspy na quadach lub skuterach. Nie jest ona duża więc czasowo byłoby idealnie, a zabawa przednia. Niestety nie udało nam się tego zrealizować z jednego powodu: brak prawa jazdy kat. A. Wiem, ze u nas można jeździć na B. Oczywiście to było pierwsze co powiedziałyśmy, oni jednak pozostali nieugięci. Prawo zostało tam zmienione ze względu na ilość wypadków spowodowanych przez turystów w poprzednich latach. Nie da się ich w tym temacie przekonać i myślę też, że nie warto, bo gdyby ktoś się jednak skusił i na lewo wypożyczył Wam skuter to jeśli spowodujecie wypadek nie obejmie Was żadne ubezpieczenie, a buda wypożyczającego zostanie zamknięta.

Wspomnę tylko ze koszt wypożyczenia quada to Ok. 50-60 eur + paliwo, a skutera 15-20 eur + paliwo. Na jeden dzień.

 

Pin It on Pinterest