Jak już kiedyś o tym pisałam (właściwie to rok temu) – moja przeprowadzka do Warszawy była w pewnym sensie wyłącznie.. moim wymysłem.
Czy było to przemyślane? Niezbyt.
Odważne? Podobno trochę tak.
Czy zrobiłabym to jeszcze raz? Zdecydowanie.

To nie jest wpis dla osób które mają wszystko poukładane, dobrze rozkminili życie i teraz czerpią z niego garściami. To wpis dla tych, którzy pytają mnie skąd pomysł na przeprowadzkę, która dla nich wydaje się OGROMNĄ zmianą.

Aktualnie jestem w miejscu, w którym nie byłabym bez podjęcia tego małego ryzyka, które było nieodłącznym elementem tej zmiany. I nie – nie jestem królem świata, panią swojego życia i inne takie tam, cokolwiek.

Staram się uświadomić tym wpisem coś, co udało mi się uświadomić jednemu ze znajomych miesiąc temu – to jest właśnie moment na podejmowanie odważniejszych kroków. Nie jak “trochę bardziej się ogarnę” albo “miną wakacje (święta/sylwester/zima/lato/wpisz co chcesz) bo wtedy jest lepszy czas na..”.

Posłuchaj – kiedy jak nie teraz?

To nie musi być wszystko albo nic. Powoli. Pomalutku. Tylko zacznij.

Mój pierwszy rok w Warszawie zaczął się naprawdę gównianie.

Doskonale pamiętam jeden z celów na podstawie którego uznałam że się przeprowadzę – chcę się rozwijać. Przez 3 poprzednie lata mieszkając w Trójmieście robiłam to samo. Praca w biurze, za barem i studia. Wszystko się idealnie zgrywało, lubiłam obie te prace, ludzi z którymi miałam okazje spędzać w nich czas, no po prostu – wszystko ekstra, wszystko fajnie.
Tylko że czujesz to stanie w miejscu i dobrze wiesz, że to jeszcze nie czas żeby osiąść na laurach, a raczej żeby zacząć ostro pracować na przyszłe efekty tego wysiłku który włożysz.

Mój pierwszy weekend w Warszawie spędziłam w mojej pierwszej pracy – na zmywaku.

Tak tak. 3 lata pracy w Urzędzie Miasta i najlepszym sopockim klubie zaprowadziły mnie prosto do wspaniałych bram rozwoju.
Pamiętam jak wyglądała moja rozmowa o prace i obietnice na niej złożone, a jak późniejsza rzeczywistość. Wysłałam zdjęcie mojej nowej koleżanki – wyparzarki – do mojej przyjaciółki o 2 rano w sobotę z dopiskiem “rozwój kur**”.
Po tym owocnym weekendzie i kopie prosto w ryj od wszechświata zrezygnowałam z tej pracy i zaczęłam rozglądać się bardziej.
Z racji mojej zajawki związanej z szyciem uznałam, że zanim pójdę w branże zgodną ze świeżo skończonymi studiami wbije się bardziej w temat ciuchów.

Zatrudniłam się w Mango.

Naprawdę myślałam, że jeśli będę na co dzień pracować z ciuchami to bardziej mnie zmotywuje do tworzenia moich. Że dowiem się czegoś o materiałach, splotach, o preferencjach klientek.
Szczerze? Też nie wiem co mi wtedy odbiło. Brak doświadczenia w temacie zrobił swoje.

Po miesiącu pracy zrezygnowałam. To miejsce nauczyło mnie słuchania swojej intuicji. Kiedyś naprawdę myślałam że to bzdura, że logiczne argumenty mówią same za siebie, a nie jakaś tam intuicja. Myliłam się. Jeśli ledwo wstajesz z łóżka bo musisz iść na 10 do pracy to… uciekaj (do aktualnej zdarza się, że jeżdżę na 7mą rano mimo że nikt tego nie wymaga i nikogo tam jeszcze nie ma, więc nie mam z tego powodu tytułu pracownika miesiąca. Lubię po prostu tam być i ogarniać najważniejsze tematy).

Żeby nie analizować teraz każdego miesiąca mojego pierwszego roku w Wawie powiem tylko:

Przyszedł luty.

Miałam fajną barową pracę, ekstra ekipa, spoko kasa, ale – co dalej? Przecież nie chodziło o wbicie się w gastro. Zaczęłam wysyłać CV. Koleżanka w międzyczasie umówiła mnie na rozmowę o prace do małej inwestycyjnej firmy. Brzmiało fajnie, ale na miejscu okazało się, że będzie to praca na recepcji. Odbierz telefon, umów kogoś na spotkanie, podaj kawę jak Pan Roman przyjdzie pogadać o biznesie.
Nie dostałam tej pracy (później okazało się, że nikt nie dostał w tamtym momencie – oddzwaniali dopiero niedawno, w czerwcu, jak się ogarnęli ze wszystkim).
Nie miałam też odzewu z pozostałych miejsc. Wszystkie miejsca pracy na które CV wysłałam dotyczyły branży nieruchomości, ale niestety – cisza.

Wtedy z mojej perspektywy wyglądało to tak że od paru miesięcy próbuje sobie znaleźć miejsce i za cholerę nie mogę. Kolejny genialny pomysł i kolejny cudowny niewypał.

Pojechałam na weekend do Sopotu. Zobaczyłam się ze wszystkimi ludźmi, których tak lubiłam. Żarty, żarciki, znowu czujesz się jak w domu i nagle pada tekst, że zawsze mogę wrócić. Że jeśli jest mi ciężko to na pewno znajdzie się dla mnie miejsce. Że spróbowałam i może czas odpuścić.
Kurde, było mi ciężko. Zaczęłam brać powrót jako opcję.. i to bardzo realną.
Przed powrotem do Warszawy wjechałam do domu rodzinnego. Moi bliscy, którzy zawsze dopingują podzielili swoje zdania na “no spróbowałaś, to jest super, może wróć do tego Sopotu? nie męcz się, dobrze Ci tam” i na “Daj sobie jeszcze trochę czasu. Dopiero zaczynasz”.

Siedziałam w kuchni mojej siostry, popijałam herbatę. Było po 17tej, za oknem już ciemno, a my byłyśmy świeżo po rozważaniu plusów i minusów mojego powrotu. Dla jasności – dotyczyły każdej strefy życia, nie tylko pracy. Dalej nie wiedziałam co zrobić.
Zadzwonił mój telefon. Od tamtego momentu jest już tylko lepiej.

Mam wrażenie, na podstawie tej historii, że wszechświat lubi nas tak popychać i popychać i patrzeć ile jeszcze wytrzymamy. I gdy już przestajesz utrzymywać się na powierzchni wody i łapać ostatnie hausty powietrza żeby się jakoś utrzymać widzi że trochę przesadził i rzuca Ci koło ratunkowe.

Ten telefon był z działu rekrutacyjnego firmy, w której aktualnie pracuje. Firmy, w której dostałam duży awans po 4 miesiącach pracy i sporej liczbie nadgodzin, żeby wszystko było zrobione na czas. Warto było.
Co zabawne, później dzwonili tez inni co przyjemnie połechtało mi ego, ale to tyle. Zmiany, o których piszę są ważne i bardzo na miejscu pod warunkiem ze naprawdę ich potrzebujesz.

I gdybym wtedy nie sprawdziła co jest za moją strefą komfortu, a później się nie zaparła, że postawię na swoim, to dzisiaj robiłabym dokładnie to samo co półtora roku temu. I co trzy i cztery lata temu.
A i możliwe że się zmotywujesz i poszukasz nowej pracy/mieszkania/relacji/czego tylko potrzebujesz. I kto wie, może wpadniesz w jeszcze większe gówno. Ale to tez sporo uczy. Wiem z doświadczenia.

Próbowanie nowych rzeczy przeraża nas z jednego powodu – bo robimy to pierwszy raz. Na podstawie opowiadań innych możemy oczekiwać pewnych efektów, ale paraliżuje nas myśl o nieznanym. Przez to sporo z nas nawet nie zaczyna. Jeśli będę miała kiedyś okazje prezentować coś na scenie przed setką ludzi to głowę tam sobie uciąć ze ledwo zapanuje nad łomotaniem serca i łamiącym głosem. Ale na pewno spróbuje. 5, 10 a potem może i 100tny raz to już będzie prawie zabawne. Prawdziwy luz pewnie bliżej tysięcznej takiej prezentacji.

ale właśnie o to chodzi! Lęk przed porażką potrafi odebrać nam coś, za czym będziemy tęsknić za 10 lat. Będziemy żałować ze nigdy nie spróbowaliśmy. To jedno z najgorszych uczuć ever.

Jeden z moich kolegów chciał się przeprowadzić ale nie mógł znaleźć odpowiedniego mieszkania, a obecnie wynajmowane miał fajne, wiec przełożył to na za rok.

damn ile takich rozmów już odbyłam.

Ja tez byłam zmęczona tym, że nic nie szło po mojej myśli.
Miało być znacznie łatwiej. Nie było w ogóle.
Ale wielu rzeczy się nauczyłam. Kopniak od wszechświata był potrzebny.
Co nas nie zabije to nas wzmocni nie?

Jeśli Ty dzisiaj nadal pracujesz w miejscu którego nie lubisz, bo się nie rozwijasz, bo słabo płacą, bo ludzie mendy – szukaj alternatywy. Nie składaj wypowiedzenia już jutro, ale walcz o siebie. Naprawdę święcie wierzę w to, że nikt za nas niczego nie zrobi, trzeba się w życiu napracować i przestać cwaniakować co by tu zrobić żeby się nie narobić. Nie da się. Albo da, ale na krótką metę.

Ps. Co do mojego kolegi z jednej z poprzednich prac, puenta z naszej rozmowy była taka – ponad rok temu pracowaliśmy razem, na podobnym stanowisku. Ja się przeprowadziłam, mu z kolei było całkiem dobrze i średnio pochwalał moje szalone pomysły (trochę coś typu – w dupie się poprzewracało. Masz dobrą pracę a Ty o jakimś tam rozwoju). Wpadliśmy na siebie w Warszawie miesiąc temu. On nadal na tym stanowisku a ja już znacznie dalej. Zapytał się mnie jak to zrobiłam.
Właśnie tak, jak powyżej.

A co najgorsze – powiedzialam mu – za rok może znowu na siebie wpadniemy. I może ja już będę dalej niż teraz, a Ty nadal nie zmienisz tej pracy, którą zmienić chcesz, bo “idzie boże narodzenie to szkoda tracić noworocznych premii”, “oj teraz czas wyjazdów snowboardowych, niedługo Wielkanoc, nie mam głowy do zmieniania pracy”, “jak teraz zmienię prace, 2 miesiące przed wakacjami, to w nowej na bank nie dostanę od razu urlopu”.

I tak do zobaczenia za rok.

Pin It on Pinterest