Wiesz jakie to uczucie, gdy Twoja przyjaciółka wręcza Ci zaproszenie na swój ślub i jednocześnie pyta, czy nie chciałabyś uszyć jej sukienki na dzień poprawin?
Naprawdę.. niesamowite.
Potem jest już tylko lepiej – wzruszające chwile, czyste szczęście wypisane na twarzy i miłość w wymienianych spojrzeniach. Plus dobra muzyka, świetne jedzenie, zimna wódka.

I satysfakcja, że dzień poprawin już jutro a Tobie jednak się udało.
Jednak, bo prawie zrezygnowałam. A nie zrobiłam tego tylko dlatego, że Marta okazała się najlepszą przyjaciółką na świecie.

Ok, zaczynając od początku.

Ślub Marty i Tomka odbył się dwa tygodnie temu w Chojnicach. Ceremonia jeszcze się nie zaczęła a ja już zdążyłam rozmazać makijaż – zobaczenie bliskiej osoby w tej białej sukni zazwyczaj tak na mnie działa.

Zaproszenie na to wesele dostałam jeszcze zimą. Wtedy też Marta zapytała czy nie chciałabym uszyć jej sukienki, którą ubierze na poprawiny.
Jeny, ale się zajarałam.
Jasne, że chcę!
Pod jednym warunkiem. Albo może bardziej – ostrzeżeniem. Istniało dość spore prawdopodobieństwo, że miesiąc przed ślubem, oprócz stresu spowodowanym jego różnymi elementami będzie musiała szukać jeszcze sukienki na poprawiny.

Marta skwitowała to pięknym „Dobra dobra. Nic z tego, zobaczysz” <3

Obie jesteśmy zwolenniczkami prostych sukienek, więc szybko zdecydowałyśmy się co do modelu i koloru.
Sukienka maxi utrzymana w bieli i szarościach. Prosta góra, cienkie ramiączka, gołe plecy. Odcięcie w talii. Szyfonowy dół, którego kolor można określić jako „biały marmur”.
Problem polegał na tym, że takiego szyfonu nie ma. Przynajmniej nie w sklepach i nie na stronach internetowych, które przeszukiwałam. Szyfon w praktycznie każdym kolorze jest dostępny wszędzie, ale już jakikolwiek wzór sprawia pewne problemy. Zwłaszcza, jeśli potrzebujesz TEGO KONKRETNEGO i żaden inny nie jest odpowiedni. Myślałam że szyfon ombre może się nada, ale nic z tego. To nawet nie stało obok takiego, którego potrzebowałam.

Więc jakie pozostały mi możliwości? Teoretycznie dwie. Odpuść albo spróbuj bardziej.
Praktycznie – tylko jedna.
…Ok, więc co ja wiem o farbowaniu sztucznego materiału?
No cóż, jeszcze nic.

Pozostały 2 miesiące do wesela.

Przyszła pora na pierwszą przymiarkę. Miarę z Marty zdjęłam dużo wcześniej, teraz przyszedł czas na ocenienie jak poszło. Mniej więcej, bo wiadomo że większość była jeszcze na fastrydze, żeby na miękko można było jeszcze zmieniać rzeczy bez szarpnięcia materiału.

I wiecie jak poszło?

ŹLE.

Gdy wybierałam materiał na górę sukienki kierowałam się jego elastycznością i kolorem. I teoretycznie – wszystko grało. Z pofarbowanym przeze mnie szyfonem też fajnie się zgrywał. Ale okazał się za twardy. Mimo, że rozciągliwy.
Wiedziałam, że jest do wymiany. Marta, jako najkochańsza osoba na świecie uznała, że może wystarczy „troszkę tu podciągnąć” i „w sumie to w niektórych sukienkach tutaj też tak odstaje”.
Jest po prostu za dobra.

W każdym razie – góra kompletnie to wymiany. Jedynym plusem był fakt, że miałam już wykrój, który teraz wystarczyło przenieść. Przeniosłam.
Został miesiąc.
Druga przymiarka.
Znowu nie leżała tak jak miała. Zamek na plecach szedł o 1 cm za bardzo na prawo.
To był moment gdy powiedziałam – Nie jestem pewna, czy dam radę. Właściwie to chyba powinnaś szukać już sukienki na poprawiny.

I wtedy, mocno skracając tę opowieść, Marta zabroniła mi rezygnować. Wierzyła we mnie bardziej niż ja sama. Ja z kolei zwyczajnie się bałam, że zepsuje jej część tak ważnego dnia.

No więc – wracam do Warszawy i siadam do maszyny.

 

Przyszedł dzień ślubu.
Zaraz za nim – poprawiny.
Zdjęć końcowego efektu nie mam zbyt wiele – nie chciałam męczyć Marty chodząc za nią z telefonem albo ustawiać ją i gości w różnych aranżacjach. Bez przesady.

 

 

Przyznam że Marta wyglądała ślicznie i przede wszystkim – naprawdę podobał jej się efekt końcowy.
Mi też, a wiadomo że najbardziej krytyczni bywamy właśnie wobec siebie samych.

 

Pin It on Pinterest